Ten blog jest o WYSPIE. WYSPIE, na której sobie mieszkamy. WYSPIE fascynującej, pięknej i niesamowitej. WYSPIE, na której znajwiska wymykają się jakiejkolwiek wiedzy, nauce i zdrowemu rozsądkowi...

17 września 2013

Most to piękna rzecz...


Już kiedyś pisałem jak wesoło jeżdżę do pracy na Wyspie – przez stepy akermańskie, oczerety i bagna godne Florydy żeby tylko ominąć pochłaniające całą okolicę giga-kory. Trudniej jeździ się już chyba tylko na Syberii i pod ostrzałem wroga. Po długim planowaniu, morderczych testach i wyczerpujących próbach wypracowałem sobie wreszcie hiper-ekspresową trasę, na której jestem w stanie w szczycie formy osiągnąć średnią nieco ponad 30 km/h. Jak tak się dobrze na to popatrzy, to jest wręcz rewelacja – więcej niż zdezelowany Ursus albo średnio chory koń. Idziemy z postępem (tylko, cholera, dokąd).

Lokalne władze i centralna grupa dywersyjno-zaczepna znana powszechnie pod nazwą „rządu” ustaliły niesamowicie aktywny sposób poradzenia sobie z problemami komunikacji na Wyspie – olać. Wszyscy urzędnicy założyli, że ludzie pozbędą się śmierdzących, katastrofalnie niewygodnych i zupełnie nieporęcznych samochodów na rzecz komunikacji publicznej, w której z reguły ktoś właśnie puścił długiego obfitego bąka, a ktoś inny testuje jak długo można się nie myć a ludzie się jeszcze nie odsuwają marszcząc nosy. Cóż, podróżowanie komunikacją publiczną na pewno jest niesamowicie ekscytujące i eleganckie; jest z tym tylko kilka zupełnie drobnych i pomijalnych problemów. Po pierwsze komunikacji publicznej w Jukeju z reguły nie ma dokładnie tam gdzie jej potrzeba. Po drugie jak już jest to z reguły i tak jej nie ma bo dowolna jej forma (a zwłaszcza autobusy) jeżdżą jak się im żywnie podoba. No dobra, nie do końca – pilnują się bardzo żeby nie jeździć tak jak jest napisane na rozkładzie. Po trzecie i tak nie wiadomo gdzie wsiąść i wysiąść, bo nikt nigdy nie wpadł na to żeby gdziekolwiek opublikować listę przystanków – z reguły podaje się pierwszy, coś w środku i ostatni. Po czwarte część kursów zamiera o godzinie 16:00, no bo wszyscy już przecież siedzą w domu i oglądają filmy żrąc czipsy z octem. Po piąte – jak taki na przykład autobus jest pełen (a rzadko jest) to kierowca do środka nikogo nie wpuści. „Noł plejs” brzmi wyrok. Nie „jakoś się zmieścimy”, nie „proszę państwa, proszę się posunąć”. Nie. „Tu ze tri”. Po szóste jak się nie ma w miarę wyliczonego pieniążka za przejazd – też się nigdzie nie pojedzie choćby taszczyło się skrzynkę złota albo czarną kartę kredytową „American Express”. Po siódme – ta sama linia potrafi jechać do jednego z wielu celów 17-ma różnymi drogami (każdy kurs inną) żeby było łatwiej dotrzeć na pewno tam gdzie się nie chciało. Są jeszcze inne pomysły – jak choćby zbudowanie drogi tylko dla autobusów (tutaj to się zwie „basłej”) w szczerym lesie bo przecież ruch jest taki, że głowa mała akurat w tym miejscu albo wybudowanie nad tym basłejem kładek dla pieszych, pod którymi nie mieszczą się piętrowce (które tutaj są wszędzie).

Taki na przykład dojazd do biura mojej firmy. Jest, owszem, przystanek 200 metrów od biura. Autobus pojawia się tam ... dwa razy dziennie. O 10 rano wioząc 3 dzieciaki do szkoły w najbliższym mieście (reszta jest wieziona samochodami, ale o tym za chwilę) i z powrotem o 16 wracając z owymi 3-ma dzieciakami. Najbliższy w miarę normalny przystanek (autobus co godzinę jak akurat ma ochotę) jest 6 km dalej. Kolej uznano za niepotrzebną i zamieniono na łąkę na początku lat siedemdziesiątych. Czyli mogę spokojnie przyjechać do roboty konno, na łyżwach, przylecieć balonem albo wystrzelić się z działa – nie ma problemu.

Zatem zostaje tylko cholerne auto…

Tutaj drobna uwaga co do dzieciaków i wożenia ich do szkoły. Kraj jest tak niebezpieczny, że dzieciak nie może do szkoły pojechać tutejszym gimbusem (który z reguły przypomina najbardziej wypasione liniowce polskich pekaesów) a już sama myśl na posłanie kurdupla na rowerze albo na piechotę jak ma 300 metrów mogłaby posłać rodziców do pierdla. Więc każdą pociechę wozi się autem, najlepiej 6-metrowym Audi Q7 palącym 25 litrów na setkę („producent w katalogu podał 6.25 przy spokojnej jeździe”) „bo bezpiecznie”. Efekt jest taki, że jak nadchodzi czas wakacji albo ferii w szkołach – drogi pustoszeją do akceptowalnego poziomu i da się żyć. Moje pierwsze wnioski były dosyć ciekawe jak zwróciłem na to uwagę. Pierwsza myśl była taka, że Anglia to bogaty kraj i uczniowie jeżdżą sobie do szkoły własnymi samochodami. Nawet 5-latkowie. Po spędzeniu jakiegoś czasu na Wyspie skłaniałem się jednak ku wnioskowi, że to raczej 70% społeczeństwa wciąż uczęszcza do szkoły podstawowej. Na złożenie wniosku „zamknijmy więc szkoły” jeszcze nikt nie wpadł, ale nie założyłbym się, że tak się wkrótce nie stanie. Więc jadą ekologicznymi SUVami mamusie odwrócone do ubabranej emememsami pociechy wypruwającej z kogoś flaki na swoim tablecie; mamusie, które zwracają uwagę na wszystko tylko nie to, co się dzieje na drodze. Startują ze świateł z opóźnieniem tylko trzech cykli, za to hamują dwa metry za późno za czymkolwiek co jedzie przed. No i – zapomniałem – gwarantowana prędkość maksymalna podczas każdego deszczu (co nie jest tak niespotykanym zjawiskiem w tym kraju) to 17 km/h.

W tym wszystkim jakoś się trzeba znaleźć żeby dotrzeć do roboty. Ja wykorzystuję dla zmylenia wroga most przez Tamizę, o którym wszyscy zapomnieli. A zapomnieli, bo należy do prywatnej firmy i przejazd przez niego kosztuje dramatyczną kwotę 40 pensów (ok. 2 PLN). I tak sporo, bo – jak głosi oficjalny komunikat (tylko z XVIII wieku) przejazd przez most kosztuje „pół pensa za każdego pieszego, owcę, dzika lub świnię oraz dwa pensy za każde koło przejeżdżającego powozu” – autentyk, ten kraj tak ma. Zatem za 40 pensów od auta (wypada po 10 pensów za koło) to kompletne zdzierstwo i nikt sobie tym mostem doopy nie zawraca. Więc sprawa byłaby kompletnie idealna gdyby nie to, że most ma z górą 100 lat i powoli zmierza w kierunku dna Tamizy, nad którą (na razie jeszcze) stoi. Więc firma – właściciel mostu – ogłosiła jego wymianę na nowy. Cóż, jak sobie policzyłem ile tych 40-pensowych opłat trzeba zebrać na wymianę mostu to wyszło mi, że trzeba składać do koopki pi razy drzwi 1000 lat na most o 100-letniej żywotności. Na takich odkrywczych metodach opiera się gospodarka Wyspy.

Niestety pewnego pięknego deszczowego dnia przeczytałem przerażony w Internecie, że pieniądze na wymianę mostu SĄ. Nie wiem skąd, nie wiem jak, ale będzie budowany nowy most. Świetnie, wreszcie jakaś drogowa inwestycja. Okej, ale wszyscy zapomnieli o jednym drobnym fakcie – niestety nie ma miejsca żeby postawić na raz dwa mosty – stary żeby sobie ludzie jeździli i właśnie budowany nowy. Zatem trzeba najpierw rozgwiździć stare barachło, a potem w pocie czoła stawiać nowy. Co to oznacza w rzeczywistości Imperium? A mianowicie sąsiednie przeprawy są jakiś pierdyliard mil w górę rzeki w wiosce przez którą dawniej nie mogła przejechać fura z sianem bo się nie mieściła i dwa pierdyliardy mil w dół rzeki w Reading gdzie średni czas oczekiwania na przejazd przez rzekę wynosi 2 tygodnie (jak nie ma szkół – 15 sekund – naprawdę mnie to rozwala). Rozwalenie mostu oznacza, że wioska po północnej stronie Tamizy (nawiasem mówiąc – jedno z najładniejszych miejsc w okolicy - Whitchurch-on-Thames) zostanie bez: 1) lekarza, 2) straży pożarnej, 3) dostępu do komunikacji kolejowej (stacja kolejowa jest po drugiej stronie rzeki), 4) dostępu do komunikacji autobusowej (jeżeli w ogóle jakąś stwierdzono), 5) większości sklepów, 6) większości miejsc pracy. Natomiast wioska po południowej stronie nie będzie miała dostępu do: 1) największej szkoły, 2) największego w okolicy pracodawcy – BP – który ma w okolicy swój dział badawczo-rozwojowy, 3) najlepszych pubów (to pewnie wywołało kilka miejscowych manifestacji).

Słowem – życie jak w IX wieku przedzielonym naturalną barierą nie do przebycia. Kiedy nowy śliczny most zostanie oddany? Podobno na wiosnę 2014, ale jak to się uda to ja nazywam się Rusałka Amelka a Anglicy pokochają się jutro z Francuzami na zawsze. Miejscowe władze potraktowały pytania i pretensje swoich mieszkańców stwierdzeniem, że „wszystko jest pod kontrolą”. Jasne, że jest pod kontrolą. Rzeki. Jak 1000 lat temu…

Na koniec - zdecydowanie najśliczniejszejsza uwaga odnośnie wymiany mostu jest taka, że „w okresie od listopada 2013 do marca 2014 zostanie zamknięta również rzeka”. Hmmm… W mojej chorej wyobraźni już zobaczyłem tysiąc chińskich „water managers” przelewających wiadrami Tamizę sprzed mostu – za most. Niekończący się sznurek małych czerwonych chińskich wiaderek. Ale, chwila, chwila!!! Gdyby to było tak zorganizowane – dałoby się tamtędy PRZEJECHAĆ. Niestety, dotyczy to tylko ruchu na rzece, nie rzeki. Ech…

Z różnych ciekawych pomysłów jak przebywać niebotyczną rzekę o szerokości 50 metrów bez pomocy mostu, wybrałem dwa najlepsze:

Na koniec - winowajca całego zamieszania:
A tak niewinnie wygląda...

2 komentarze:

Patryk Kozak pisze...

Przeprooooowadźcie się na drugą stronę rzeki :D Inwestycja pewnie się zwróci za kilka tygodni :P

Marek Matuszczak pisze...

I co tam slychac po obu stronach rzeki? Many wszak wiosne 2014? Udalo sie oddac most?